czwartek, 10 lutego 2011

Pierwsze samodzielne dyżury


Od 2 lutego zaczęłam pracować samodzielnie. Trafiły mi się wyjątkowo spokojne dyżury, w sam raz na początek :) Schemat grafiku jest zawsze taki sam: 8:15-16:30, 5:45-14:30, dyżur pod telefonem, 16:30-01:00, 19:00-03:30 i 21:30-05:45, dzień na odespanie i trzy dni wolne. Mój pierwszy dyżur pod telefonem okazał się nie być dniem wolnym, bo P. się rozchorował i musiałam przyjść za niego na wieczorną zmianę od 19. Tak więc miałam maraton czterech nocek.
Ciężko jest pracować w tak różnych godzinach, zegar biologiczny się rozregulowuje, po nockach w pracy siedzę w dni wolne do późna i nie mogę się przestawić, żeby przed kolejną rundą pójść wcześnie spać.
Teraz jednak mam wolne. Na czas wizyty rodziców i siostry wzięłam urlop przysługujący mi za 2010 rok. Do pracy wracam 24go, zaczynam od środka schematu, tj. od dyżuru pod telefonem.

środa, 9 lutego 2011

Zima w Emiratach


Już luty, więc wypada wspomnieć o pogodzie zimą. Jednak popadało. Dwa razy. W styczniu, w którąś w sobotę po południu, jak wychodziłam z zakupów w Mirdif City Centre, zobaczyłam, że wreszcie porządnie pada. Ucieszyłam się, że mi się przynajmniej auto umyje. Padało przez kilka godzin, do późnego wieczora. Auto rzeczywiście wyglądało lepiej :)
Kilka dni później przez Emiraty przeszła burza piaskowa. Siedziałam w mieszkaniu, gdy zobaczyłam szybko przesuwające się chmury. Przez około 20 minut mocno wiało, a w powietrze na kilkadziesiąt metrów w górę uznosiły się tumany piasku. Na szczęście nie trwało to długo, gdy parę godzin później jechałam do pracy, świeciło już słońce.
Na przełomie stycznia i lutego silny wiatr i piasek w powietrzu utrzymywały się przez kilka dni. Garaż pod budynkiem nie stanowi osłony przed wiatrem i kurzem, więc samochód znowu nadawał się do mycia. Gdy piasek opadł i na niebie były tylko chmury, postanowiłam pojechać do myjni w drodze z pracy. Tym bardziej, że parę kropel deszczu pogorszyło jeszcze wygląd auta. Mycie na stacji benzynowej kosztowało mnie 30 aed. Jednak ledwo zdążyłam wyjechać, zaczęło lać. Gdy dojechałam do mieszkania, samochód nie wyglądał jeszcze źle. Ale rano, gdy wysechł, okazało się, że jest cały biały :( Wyczyściłam go ponownie w Mirdif City Mall (mycie „ekologiczne“, prawie bez wody), za jedyne 25 aed.
Podsumowując, tej zimy były dwa spore opady, wiec limit deszczu na ten rok chyba się wyczerpał ;) Teraz jest raczej słonecznie, temperatura w dzień wynosi ok. 23 stopnie, w nocy spada do 16. Pewnie niedługo będę narzekać na upał, ale chciałabym, żeby było już trochę cieplej, żebym mogła wypróbować basen w Churchillu.

wtorek, 1 lutego 2011

Egzamin ojt

W poniedziałek, na zmianie zaczynającej się o 5:45 rano, odbył się mój egzamin praktyczny. Gdy przyjechałam, na wieży był już egzaminator R. i kontroler O., którego nikt nie pomyślał zawiadomić, żeby przyjechał później.
Pracowałam 2,5 godziny, praktycznie cały czas z dużym ruchem, większym niż zazwyczaj o tej porze. Już na samym początku miałam zaplanowanych 5 startów samolotów cargo o jednej porze. Pierwszy raz zdarzyło mi się powiedzieć komuś, że jest „numerem 3 do uruchomienia“ na płycie cargo, na której z wyjątkiem nielicznych przypadków, można uruchamiać pojedynczo.
Nieco później rozpoczęły się poranne lądowania, pomiędzy które musiałam upchnąć kilka startów. Separacja między przylatującymi wynosi 6 mil, akurat tyle, żeby po skołowaniu pierwszego, wypuścić jeden do startu. Pod warunkiem, że nie jest to IŁ76 :) W międzyczasie dyżurny chciał sprawdzić pas, a elektryk oświetlenie. Zaczęli jeszcze przed największym ruchem, ale nie dali rady, po zgonieniu z pasa czekali z pół godziny, żeby dokończyć inspekcję.
Do tego doszło kilka przelatujących vfr-ów, a więc dużo korespondencji z informacjami o ruchu (z racji przestrzeni klasy D) i telefonów do sąsiednich organów kontroli.
Na koniec miałam jeszcze zaimprowizowaną sytuację awaryjną, tzn. dostałam od egzaminatora kartkę z danymi samolotu na pasie z pożarem silnika – trzeba było wcisnąć przycisk awaryjny, wysłać straż na pas i omówić kolejne kroki.
W trakcie egzaminu na wieżę przyszedł kierownik A., ale ani on, ani R. nie mieli uwag do mojej pracy. Ja też byłam zadowolona z tego jak mi poszło.
Po kilkudziesięciu minutach przerwy, zeszłam na dół do biura na część pisemną. Test wyboru 1 z 4, prawda-fałsz, parę pytań otwartych i (nieoczekiwanie) kilka raportów do wypełnienia, które R. dorzucił w ramach modyfikacji dotychczasowego testu. Trochę bez sensu, bo raporty wypełnia się w komputerze i w razie czego zawsze można sprawdzić poprzednio wypełnione. Omówiłam je wcześniej z instruktorem A., ale nie uczyłam się na pamięć. Mimo to, poszło mi dobrze, test zaliczyłam na 94%.
Ostatnią częścią egzaminu była rozmowa z R. i A. Zadali mi kilka pytań w rodzaju „co byś zrobiła, gdyby“ i podyskutowaliśmy o procesie szkolenia. I już. Zostałam kontrolerem lotniska w Szardży. Od środy zaczynam samodzielne dyżury :)

sobota, 29 stycznia 2011

Wizy


W lutym przylatują do mnie rodzice i siostra. Bilety zarezerwowane, z Bydgoszczy przez Warszawę i Monachium, z krótkimi przesiadkami na lotniskach (poza jedną w Monachium). Ale Polacy przylatujący do Emiratów, w przeciwieństwie do większości obywateli Unii, muszą mieć wizy. Przejrzałam informacje z internetu, załatwienie wiz wydawało się być proste i tanie. Wystarczy ksero paszportu, zdjęcie, sponsor z prawem pobytu (czyli ja) i opłata (100 aed plus 10 za doręczenie, coś za drukowanie formularza po arabsku, ewentualnie opłata za pośrednictwo biura podróży, maksymalnie 50 aed). Nic bardziej mylnego. Zadzwoniłam do urzędu imigracyjnego w Dubaju – nie mogę starać się tu o wizy, bo mam prawo pobytu wydane w Szardży. W urzędzie w Szardży dowiedziałam się, że nie mogę sponsorować siostry! W biurze Dnata, które ogłasza się jako pośrednik wyrabający wizy, powiedzieli mi, że nie działają w Szardży. Zapytałam w firmie – sekretarka M. sprawdziła procedury lotniskowe; owszem, biuro podróży na lotnisku wyrobi wizy, za jedyne 750 aed plus 80 za drukowanie po arabsku, razem 830 aed. Gdyby lecieli liniami Emirates, linia lotnicza załatwiłaby im wizę za około 300 aed. Ale lecą Lufthansą.
Sprawdziłam oferty polskich biur załatwiających wizy – zrobią to w kilka dni, za 597 zł od osoby (wynegocjowaliśmy po 20 zł upustu z racji 3 wiz). Wniosek: wyrabiamy wizy w Polsce. Po pierwsze taniej, po drugie bez stresu. Tutaj czekałaby mnie papierologia, może jeszcze jeżdżenie po urzędach, później wysłanie kopii wiz do Polski.

piątek, 28 stycznia 2011

Mayday

Mam ostatnie dni praktyk, 31 stycznia egzamin. Idzie dobrze, rozumienie pakistańskiego angielskiego opratorów pojazdów nie sprawia mi już większych problemów, podobnie jest z akcentem pilotów śmigłowców. Oczywiście trafiają się sytuacje, których jeszcze nie przerabiałam, ale staram się je rozwiązywać bez pomocy instruktora, bo za kilka dni zacznę pracować samodzielnie.
Środowy popołudniowo-wieczorny dyżur przebiegał spokojnie. Najpierw siedziałam 2,5 godziny na stanowisku kontrolera, później przerwa i 1,5 godziny pracy jako flow controller, czyli asystent od koordynacji telefonicznej w czasie największego ruchu. Na stanowisku kontrolera pracował P., Kanadyjczyk, którego miałam okazję widzieć po raz drugi od przyjazdu tutaj (grafik jest tak skonstruowany, że z niektórymi pracuje się ciągle, a innych nie widzi się wcale). W pewnym momencie, przez radio usłyszeliśmy „Mayday, mayday, mayday, fire on board, coming back to the airport“... To Airbus 320, który wystartował od nas chwilę wcześniej. P. zezwolił na lądowanie, wcisnął przycisk alarmowy i przez radio ogłosił alarm. Na szczęście w tym momencie na pasie ani w powietrzu nie było innych samolotów. Wszyscy obecni na wieży zajęli się informowaniem zainteresowanych służb, zgodnie z procedurą alarmową. Zbliżanie zatrzymało w holdingu przylatujące samoloty. Samolot bezpiecznie wylądował i natychmiast został otoczony przez pojazdy straży pożarnej. Służby z jednej strony wiedziały co robić, po chwili podjechały autobusy i ewakuowano pasażerów, a samolot został odholowany z pasa. Z drugiej strony strażacy i obsługa byli tak zdenerwowani, gadali tak szybko i nie po angielsku, że niemożliwym było wyciągnięcie od nich  jakichkowiek informacji – czy widać płomienie, jak długo pas będzie zablokowany itp. Później piloci poinformowali, że mieli jedynie podejrzenie pożaru, wyczuli dym, ale nie włączył się alarm.
Gdy odholowano samolot i pas został sprawdzony, wróciliśmy do normalnej pracy. Kontrolerzy zbliżania sami z siebie zapewnili większe separacje między lądującymi samolotami, żebyśmy mogli wypuszczać te czekające na ziemi. Operacje były wstrzymane przez 40 minut, żaden samolot nie odleciał na lotnisko zapasowe. Kontroler S. wyręczł P. i napisał obowiązkowy meldunek. Szczęśliwie, wydarzyło się to na dyżurze, kiedy na wieży oprócz kontrolera i asystenta, jest flow controller (a tym razem praktykant i instruktor) i jeszcze drugi kontroler, który ma przerwę. Ale są przecież godziny, kiedy ruch jest równie duży, np. wcześnie rano, a na wieży jest tylko jeden kontroler i asystent.

Przeboje z internetem

17 stycznia, poniedziałek rano. Włączyłam komputer – internet nie działa! Myślałam, że to wina jakiegoś problemu w budynku, o którym wcześniej wspomnieli mi w du. Ale nie, do popołudnia się nie naprawiło. Instalatorzy nie zostawili mi żadnych dokumentów, nie mam nawet numeru do biura obłsugi klienta. Miałam dyżur od 16:30, więc wcześniej podeszłam do punktu du na lotnisku. Facet podł mi numer do bok. Zadzwoniłam, ale żeby przyjęli zgłoszenie, najpierw trzeba przejść całą idiotyczną procedurę sprawdzenia, czy kabel jest podłączony do gniazdka itd. Wróciłam z pracy przed północą i zadzwoniłam jeszcze raz. W końcu ustalili, że to nie wina mojego komputera, zapisali zgłoszenie i... kazali czekać na telefon w ciągu 48 godzin!
18 stycznia, wtorek. Spytałam w recpcji, czy w budynku są ludzie z du i poprosiłam, żeby ich przysłali. Przed 15tą przyszedł ktoś z biura dewelopera i obiecał przysłać instalatorów w środę rano.
19 stycznia, środa. Instalatorzy przyszli, pomieszali w kablach (centralka jest schowana za podwieszanym sufitem) i zadziałało.
20 stycznia, czwartek. Internet działał. Do południa. Później połaczenie się zerwało. Wzięłam moją nową drabinkę, otworzyłam właz w suficie i pogmerałam w kablach. Bezskutecznie. Zeszłam do biura dewelopera. Obiecali przysłać kogoś po lunchu. O 14tej przyszedł facet z biura, zajrzał do centralki, poruszał kablami – nic. Zadzwonił do instalatorów, którzy naprawili połączenie poprzednim razem. Wyszli już z budynku, a jutro piątek, czyli weekend :( Na szczęście zgodzili się wrócić. Przyszli po półgodzinie, poruszali kablami – zadziałało :) Stwierdzili, że teraz już się połączenie nie zerwie, byle nikt nie dotykał centralki. To znaczy, że kable trzymają się na słowo honoru???
21 stycznia, piątek rano. Internet padł. Zadzwoniłam do du. Kobieta przeczytała poprzednie zgłoszenie, stwierdziła, że 48 godzin, w czesie których mieli się odezwać, minęło, że ponowi zgłoszenie i ktoś się odezwie w ciągu 24 godzin. (Po pierwszym zgłoszeniu dzwonili do mnie w środę, po tym jak instalatorzy zdążyli przywrócić połączenie. Ale o tym kobiecie nie powiedziałam, niech myślą, że nie mam internetu od poniedziałku.)
22 stycznia, sobota rano. Nikt nie zadzwonił. Koleny telefon do du. „Bardzo mi przykro, ponowię zgłoszenie do działu technicznego, proszę czekać“. „Ile?“ „24 godziny.“ !!!
Sobota wieczór. Telefon do du. „Przykro mi, że musi Pani czekać. Ponowię zgłoszenie, nadam mu priorytet“.
23 stycznia, niedziela rano. Jak długo mam jeszcze czekać??? „Przepraszam, ciągle pracują nad Pani zgłoszeniem. Ponowię informację.“
Wystarczy, pod wieczór, po kolejnej wizycie w Caribou Coffee, gdzie korzystam z internetu, poszłam do punktu obsługi du. Odczekałam swoje, po czym poinformowałam, że chcę złożyć skargę na obsługę mojego zgłoszenia. Kobieta zawołała kierowniczkę, której opowiedziałam historię tygodniowej walki o internet. Obiecała zadzwonić z interwencją do działu technicznego.
Wróciłam do mieszkania. Od pół dnia chodziło mi po głowie, żeby spróbować zresetować modem umieszczony pod sufitem. Weszłam na drabinę, odłączyłam modem z prądu, podłączyłam ponownie. Sprawdziłam połączenie internetowe na ipodzie... bez zmian. Kilkanaście minut później włączyłam laptopa i dla pewności sprawdziłam połączenie... internet działa! Nie wiem, czy to mój reset zadziałał, a modem potrzebował chwili, żeby się ponownie uruchomić, czy też w międzyczasie ktoś coś zresetował w aparaturze du. Ważne, że działa. Oby już tak zostało...

24 stycznia, poniedziałek. Internet nie chodzi. Weszłam na drabinę, zresetowałam modem, działa. W ciągu dnia kilka wreszcie zadzwonili z du. Powiedziałam co się dzieje, obiecali sprawdzić co z tym zrobić i oddzwonić. I tak trzy razy.
25 stycznia, wtorek. Sytuacja jak w dniu poprzednim. Później telefon z du z informacją, że właśnie wgrali mi łatkę do oprogramowania modemu i powinien działać. Facet zadzownił ponownie po trzech godzinach – internet działa. Zadzwonił po kolejnych trzech –  działa. Poprosiłam, żeby sprawdził jeszcze raz rano.
26 stycznia, środa rano. Internet nie działa. Zastosowałam sprawdzoną metodę z odłączaniem modemu od prądu. Niedługo później zadzwonił facet z du, poinformowałam go, że łatka do oprogramowania nie pomogła. Po kilku godzinach zadzwonił ponownie i podał mi liczby do wpisania w ustawieniach połączenia internetowego (adresy DNS). Nie mam pojęcia, co to, ale wiem gdzie wpisać, więc zrobiłam to po powrocie z pracy. Modem ruszył.
27 stycznia, czwartek. Pierwszy poranek bez resetowania modemu :)
28 stycznia, piątek. Nadal działa. Wygląda na to, że problem został rozwiązany.

wtorek, 25 stycznia 2011

Meblowanie mieszkania

W sobotę wreszcie spotkałam się z projektantką, która skończyła listę proponowanego wyposażania. Myślałam, że obejrzę jakieś rysunki, ale nie, zrobiła tylko spis i przygotowała trochę dodatków. Pokazała mi meble do salonu. Zdecydowałam się na wcześniej wybraną skórzaną sofę Orlando z dużą pufą i zestaw białych lakierowanych mebli Stanton: stół z sześcioma czarnymi skórzanymi krzesłami, stolik kawowy, stolik pod lampę, komodę i stół do postawienia przy ścianie przy wejściu do mieszkania. Do tego biała lampa ze srebrną podstawą oraz białe i fioletowe zasłony. Zaproponowała mi jeszcze czarny dywan i fioletowo-szare poduszki, a także przemalowanie jednej ściany na fioletowo. Poduszek poszukam gdzie indziej, bo te wydały mi się za ciemne i za smutne. Dywan też mi się nie podobał. Nad malowaniem ściany się zastanowię. Pewnie będzie wyglądać ładnie, tylko nie wiem, czy chcę się bawić w malowanie.
Do sypialni dobrała mi białe lampy ze szklanymi podstawami i pościel – ale niestety w niepasjących, australijskich rozmiarach. Wzięłam tylko prześcieradło i poszewki na poduszki. Dodatki mają być czerwone (np. dywan) i czarne. Albo czerwona ściana (wtedy czarny dywan). Zasłony neutralne, beżowe.
W drugiej sypialni ma być naturalne, drewniane łóżko Archer, z dwoma stolikami nocnymi. Dołożę do tego jeszcze stół na laptopa, drukarkę itp. Zasony lniane, w kolorze kawy z mlekiem. Lampy nocne z czarnymi kloszami. Pokój ma być w kolorach brązów, bieli i czerni, na wzór projektów Armaniego ;)
Wybrałam jeszcze zestaw śniadaniowo-obiadowy z biało-kremowej porcelany. Następnego dnia w Ikei kupiłam karnisze (we Freedom mieli tylko krótkie, pasujące do mniejszej sypialni) i zestaw szklanek z biało-czarnymi nadrukami.
Meble do salonu przywieźli w poniedziałek wieczorem. Składanie znowu zajęło trzy godziny, skończyli po 22iej, a i tak z braku przedłużacza nie dali rady powiesić zasłon. I muszą wymienić dwa stoliki i komodę, które mają wady produkcyjne.

Meble w paczkach

Australijskie "made in China"

Salon

Zastawa stołowa

Salon