sobota, 12 marca 2011

Kurz opadł

"Kurz opadł", jak to trafnie ujęła A., kontrolerka ze Stanów, z którą umówiłam się na kawę kilka dni temu. Po przeprowadzce do ZEA najpierw czas zajmowało mi szukanie samochodu i mieszkania, przeprowadzki, meblowanie i codzienna bieganina po mallach, oczywiście szkolenie i egzamin, na koniec napięty program zwiedzania z rodzicami... a teraz okazało się, że mieszkanie praktycznie gotowe, do pracy nie chodzi się codziennie, jak to było zwłaszcza pod koniec pobytu w Polsce i pojawiło się sporo wolnego czasu, z którym trzeba coś zrobić. Jak powiedziała mama, jestem tu na 3-letnim urlopie z przerwami na pracę.

czwartek, 10 marca 2011

International Boat Show


Na początku marca S. zadzwoniła z propozycją obejrzenia wystawy jachtów w marinie przy barze Barasti. Umówiłyśmy się tam na lunch. Parking przy barze był zamknięty związku z show, więc pojechałam na oddalony o kilometr specjalnie wydzielony parking dla zwiedzających, z którego do mariny kursowały bezpłatne busy i łodzie. Wybrałam przejażdżkę łódką. S. czekała w towarzystwie brytyjskiego pilota R., latającego w Air Arabia i jego rodziców. Wybrałam rybę z frytkami, w znośnej jak na Barasti cenie. Po lunchu już we dwie poszłyśmy obejrzeć jachty. Na International Boat Show składały się z hale targowe, pełne różnego rodzaju sprzętu i wyposażenia łodzi oraz przystań z kilkudziesięcioma łodziami. Był m. in. jacht Sharjah 1, należący do szejka Szardży. Oprócz tego można było obejrzeć niewielką wystawę luksusowych limuzyn. Jachty fajne, ale 50 aed za wejście to przesada. Liczyłyśmy, że chociaż jakaś parada łodzi będzie, a tu nic. A że każde wydarzenie w Dubaju musi mieć w nazwie International albo World....
Auto na wystawie

Sharjah 1 - łódź szejka Szardży

Jachty w marinie

niedziela, 6 marca 2011

Urlop

Rodzice i siostra przylecieli 16go. Dzień wcześniej zrobiłam ostatnie większe zakupy – odkurzacz, drukarko-kopiarko-skaner i dwa dywaniki do drugiej sypialni. Szczególnie dużo czasu zajęło mi wybieranie odkurzacza. W końcu zdecydowałam się na bezworkowego Electroluxa. Tu mają albo bezworkowe, albo z workami z materiału, które trzeba prać. Samojeżdżących iRobotów nie uświadczysz. Po zakupach zahaczyłam jeszcze o Uptown Mirdiff, żeby umyć auto. Przy okazji oddałam B. materac, który od kilku dni woziłam w bagażniku. Pozbyłam się materaca, a wróciłam z zestawem kina domowego LG... B. dostał go gratis do jakiegoś zakupu, a że ma już jeden, więc ten dał mi :)
Do mieszkania wróciłam o 20tej, a jeszcze czekało na mnie sprzątanie i prasowanie pościeli... skończyłam po 1szej w nocy. Później nie mogłam zasnąć, a że miałam wstać wcześnie, to co chwilę się budziłam. Samolot był planowany na 6:40, więc nastawiłam budzik na 6 rano. Gdy zadzwonił, od razu sięgnęłam po iPoda i włączyłam Flightradar. Jeszcze 40 minut lotu, wiec powinni być nad Zatoką Perską... akurat, są już nad Dubajem i właśnie zakręcają na prostą 30 :)
Na lotnisku byłam o 7. Skorzystałam z wallet parking, który szczęśliwie mam gratis z racji posiadania karty kredytowej HSBC. Tu witający nie mogą wejść do terminala, czekają przed nim. Po kilku minutach przywitałam rodzinę i pojechaliśmy do mieszkania.
Parę godzin później, gdy trochę odespaliśmy noc, zaczęliśmy napięty program zwiedzania. Na początek pojechaliśmy na plażę Jumeirah i na Sheikh Zayed Road, obejrzeć wieżowce, później do Dubai Mall. Wieczorem mieliśmy kolację na stateczku pływającym po Creeku.
Sheikh Zayed Road

Rejs po Creeku

Następny dzień rozpoczęliśmy od zdjęć przy hotelu Burj al Arab, następnie pojechaliśmy na lunch do hotelu Atlantis. Z okazji urodzin, które tata spędził w samolocie, obsługa przyniosła tort i odśpiewała Happy Birthday. Objechaliśmy Palm Jumeirah, a później pochodziliśmy po Souk Medinat. Wieczorem obejrzeliśmy egipski pokaz światło i dźwięk w Wafi Mall, a na koniec dwa pokazy tańczących fontann pod Burj Khalifa.

Burj Al Arab

Hotel Atlantis

Pokaz "światło i dźwięk" w Wafi

W piątek wybraliśmy się do Mirdifu i do Szardży – musiałam pokazać, gdzie mieszkałam i gdzie pracuję. A po południu pojechaliśmy na Desert Safari. Arabski kierowca w tradycyjnym stroju przyjechał po nas do Churchilla i po zabraniu hinduskiej pary z hotelu położonego na samym środku niczego, ruszyliśmy za miasto. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie można było popatrzeć, jak terenowe samochody jeżdżą po ogromnej wydmie, pogłaskać osła, obejrzeć małpy w klatce, czy za dodatkową opłatą pojeździć na quadach, do czego kierowca usilnie nas namawiał (wiadomo: prowizja). Następnie udaliśmy się do obozu na pustyni. Po drodze kierowca dał krótki popis jazdy po wydmach. Gdy dotarliśmy na miejsce, zaproponował, że zabierze mnie i Martę, która była nieco zawiedziona małą ilością adrenaliny w czasie safari, na dodatkową przejażdżkę. Po powrocie do obozu, obejrzeliśmy zachód słońca, skorzystaliśmy z możliwości krótkiej przejażdżki na wielbłądzie i zrobiliśmy sobie zdjęcia w arabskich strojach. Na koniec zjedliśmy kolację w formie bufetu, w czasie której obejrzeliśmy pokazy tańca derwisza i tańca brzucha.
Obóz na pustyni

Zachód słońca

W sobotę pojechaliśmy do Abu Dhabi. Około 150 km, dwie godziny monotonnej jazdy autostradą. W Dubaju trochę się zakręciłam z powodu robót drogowych, o których GPS oczywiście nie ma pojęcia. Najpierw pojechaliśmy na Yas Island, która jest reklamowana jako miejsce godne obejrzenia. Jednak zamiast pojechać Leisure Drive, która pewnie zaprowadziłaby nas do głównych atrakcji, objechaliśmy wyspę autostradą biegnącą wzdłuż ogromych, pustych plaż, ale prowadzącą na główną promenadę Abu Dhabi, Corniche. Po przejechaniu przez cały Corniche, dotarliśmy do pałacu prezydenckiego, prawie niewidcznego z ulicy i pałacu Emirates. Po zrobieniu zdjęć w ogrodzie tego drugiego, przejechaliśmy do Marina Mall, gdzie zjedliśmy lunch, a później obeszliśmy Heritage Centre, pokazujące dawne warunki życia na Półwyspie Arabskim. Później pojechaliśmy zobaczyć Biały Fort, najstarszy budynek w mieście, niestety remontowany i z tego powodu zagrodzony i prawie niewidoczny. Na koniec dotarliśmy do Sheikh Zayed Mosque, największego meczetu w Emiratach. Meczet jest dostępny dla zwiedzających, kobietom wypożycza się czarne muzułmańskie stroje i chusty. Biała budowla, bogato zdobiona motywami roślinnymi, robi wrażenie. Do Dubaju wracaliśmy już po ciemku, ale na miejscu byliśmy na tyle wcześnie, że jeszcze pojechaliśmy obejrzeć tańczące fontanny.
Emirates Palace

Panorama Abu Dhabi z mariny

Sheikh Zayed Mosque
 
Na niedzielę rano mieliśmy zarezerwowane bilety na taras widokowy na Burj Khalifa. Pogoda dopisała, widoczność była całkiem niezła. Po obejrzeniu panoramy miasta poszliśmy do Dubai Aquarium i Underwater Zoo (bardzo fajne), zlokalizowanych w Dubai Mall. Następnie pojechaliśmy na lunch do T.G.I. Friday’s do Festival Centre (kolejny mall), a później do Mirdif City Centre. Tam zrobiliśmy zakupy, a na koniec ja i Marta polatałyśmy w komorze aerodynamicznej w iFly Dubai (genialne :) ).
Business Bay z tarasu obserwacyjnego na Burj Khalifa

iFly Dubai

W poniedziałek zaczęło wiać i piach w powietrzu popsuł widoczność (co za szczęście, że bilety na Burj Khalifa zamówiłam na niedzielę). Najpierw pojechaliśmy do Wildlife Sanctuary, terenu z jeziorkami, na których zimują flamingi. Później jakoś przedostaliśmy się przez starą część Dubaju, w której ulice są wąskie i tłok niemiłosierny, a po pół godzinie szukania wolnego miejsca, w końcu zaparkowaliśmy pod targiem rybnym i przeszliśmy do targu złota (Gold Souk) i targu przypraw (Spice Souk). Na targu złota co chwilę zaczepiali nas sprzedawcy podrabianych torebek i zegarków. Zdecydowanie wolę cywilizowane souki (Medinat, al Bahar, czy Gold Souk w Dubai Mall). Po południu pojechaliśmy do S., mojego kolegi z pracy, który zaprosił nas na oglądanie zachodu słońca z balkonu jego apartamentu na Palm Jumeirah. Z powodu pogody z zachodu słońca wyszły nici, ale i tak widok na marinę, wille na „liściach“ palmy i hotel Atlantis robił wrażenie. Razem z S., jego żoną i znajomymi, zjedliśmy kolację we włoskiej restauracji. Nie mieliśmy pojęcia, co jemy, chyba jakieś zapiekane warzywa z serem, takie małe coś na dużym talerzu za wysoką cenę. To ja wolę Friday’s. Wieczór spędziliśmy tradycyjnie, oglądając fontanny.

Zimujące flamingi

Targ złota

Palm Jumeira

Na wtorek zostawiłam ostatnie z centrów handlowych – Mall of the Emirates. Razem z Martą poszłyśmy na dwugodzinną sesję narciarską w Ski Dubai, a rodzice w tym czasie pochodzili po sklepach i oglądali nasze wyczyny opijając kawę w Costa Cafe. Z malla pojechaliśmy na plażę, gdzie mama jako jedyna wykąpała się w morzu (dla mnie i Marty woda wydała się za zimna). Później przeszliśmy się po Souk al Bahar i po Dubai Mall, kończąc dzień pokazem tańczących fontann.

Ski Dubai

W środę rano zawiozłam ich na lotnisko. Później odstawiłam samochód do serwisu na okresowy przegląd, przy okazji którego odłączyli mi alarm włączający się przy prędkości powyżej 110 km/h. Musiałam zostawić samochód na prawie cały dzień, więc po raz pierwszy skorzystałam z metra, tzn. naziemnej kolejki, całkowicie zautomatyzowanej (bez motorniczego), kursującej przez większą część trasy wzdłuż Sheikh Zayed Road. Ze stacji musiałam przejść do Churchilla przez Business Bay, będącą jednym wielkim placem budowy, budząc tym samym nieskrywane zainteresowanie pakistańskich robotników. Po odbiór samochodu zamierzałam wybrać się w ten sam sposób, ale akurat zadzwonił arabski kierowca poznany na safari i zaproponował podwiezienie, z czego z chęcią skorzystałam.
Puste mieszkanie po wyjeździe rodziny było bardzo przygnębiające. Na szczęście mój podły nastrój trwał tylko jeden dzień, w czwartek samopoczucie wróciło do normy.

piątek, 11 lutego 2011

Meblowanie c.d.


Kończę meblowanie mieszkania. Sypialnia dla gości jest już prawie urządzona, brakuje komody, którą przywiozą w niedzielę. To samo z salonem, muszą wymienić komodę, która ma wady (a jest to ostatni egzemplarz), na stolik rtv. Faceci z Freedom zawiesili mi karnisze i zasłony. Nie będę się czepiać, że wiercenie wyszło im „tak sobie“, ważne, że w ogóle powiesili, bo podobno dla innych klientów tego nie robią :) Mogłam tylko pomyśleć, żeby wcześniej te zasłony rozpakować i wyprasować... A tak będę je jeszcze ściągać. W Ikei i Home Centre kupiłam pościel na oba łóżka, brakuje mi jeszcze jakichś narzut. Również z Ikei przywiozłam czarny dywan do salonu i dwa czerwone do mojej sypialni, fioletowe poduszki na sofę w salonie, białe i fioletowe świece. Nie będę na razie malować ścian, mocne dodatki muszą wystarczyć.
Wyposażyłam kuchnię. Kupiłam zmywarkę Siemensa, do której w ramach promocji dostałam gratis telewizor lcd 32“ Samsunga :) Nie ważne, że nie założyłam sobie jeszcze telewizji. Zmywarkę udało się zamontować w miejsce jednej z szafek. Oficjalnie firma dostarczająca wodę i prąd nie zezwoliła na montaż zmywarek w tym budynku, ale deweloper instalację założył, tyle że zakrył szafką. Wreszcie kupiłam też kuchenkę. Zdecydowałam się na ceramicznego Aristona o szerokości 90 cm. Cena kosmiczna, 5000 aed, ale tańszych nie ma. Z wyjątkiem jakichś Terimów i Bompanich, po 4400-4700. To już wolałam dołożyć i kupić bardziej znaną markę, skoro Whirlpoola nadal nie ma. Gratis (a jakże, w końcu trwa Dubai Shopping Festival) dostałam masażer do stóp Roventy. Dzisiaj kupiłam garnki i patelnie Tefala. Pierwszym posiłkiem była jajecznica z serem :) Mam też garnek do ryżu, ale go jeszcze nie wypróbowałam.
Na liście koniecznych zakupów figuruje drukarka (a dokładnie urządzenie all-in-one) i odkurzacz. Wypadałoby też jakieś lustra i obrazy powiesić. Ale po pierwsze, nie mogę znaleźć luster, które by mi pasowały, po drugie potrzebny jest ktoś, kto mi dziury wywierci. Pewnie będę musiała poprosić dewelopera. Co do obrazów, to mam do wyboru albo tanie dzieła „made in China“, albo całkiem ładne, tylko strasznie drogie obrazy z salonów wyposażenia wnętrz. Dlatego myślę, żeby wybrać jakieś zrobione przeze mnie zdjęcia, wydrukować w dużym formacie na czarno-biało i oprawić.

czwartek, 10 lutego 2011

Pierwsze samodzielne dyżury


Od 2 lutego zaczęłam pracować samodzielnie. Trafiły mi się wyjątkowo spokojne dyżury, w sam raz na początek :) Schemat grafiku jest zawsze taki sam: 8:15-16:30, 5:45-14:30, dyżur pod telefonem, 16:30-01:00, 19:00-03:30 i 21:30-05:45, dzień na odespanie i trzy dni wolne. Mój pierwszy dyżur pod telefonem okazał się nie być dniem wolnym, bo P. się rozchorował i musiałam przyjść za niego na wieczorną zmianę od 19. Tak więc miałam maraton czterech nocek.
Ciężko jest pracować w tak różnych godzinach, zegar biologiczny się rozregulowuje, po nockach w pracy siedzę w dni wolne do późna i nie mogę się przestawić, żeby przed kolejną rundą pójść wcześnie spać.
Teraz jednak mam wolne. Na czas wizyty rodziców i siostry wzięłam urlop przysługujący mi za 2010 rok. Do pracy wracam 24go, zaczynam od środka schematu, tj. od dyżuru pod telefonem.

środa, 9 lutego 2011

Zima w Emiratach


Już luty, więc wypada wspomnieć o pogodzie zimą. Jednak popadało. Dwa razy. W styczniu, w którąś w sobotę po południu, jak wychodziłam z zakupów w Mirdif City Centre, zobaczyłam, że wreszcie porządnie pada. Ucieszyłam się, że mi się przynajmniej auto umyje. Padało przez kilka godzin, do późnego wieczora. Auto rzeczywiście wyglądało lepiej :)
Kilka dni później przez Emiraty przeszła burza piaskowa. Siedziałam w mieszkaniu, gdy zobaczyłam szybko przesuwające się chmury. Przez około 20 minut mocno wiało, a w powietrze na kilkadziesiąt metrów w górę uznosiły się tumany piasku. Na szczęście nie trwało to długo, gdy parę godzin później jechałam do pracy, świeciło już słońce.
Na przełomie stycznia i lutego silny wiatr i piasek w powietrzu utrzymywały się przez kilka dni. Garaż pod budynkiem nie stanowi osłony przed wiatrem i kurzem, więc samochód znowu nadawał się do mycia. Gdy piasek opadł i na niebie były tylko chmury, postanowiłam pojechać do myjni w drodze z pracy. Tym bardziej, że parę kropel deszczu pogorszyło jeszcze wygląd auta. Mycie na stacji benzynowej kosztowało mnie 30 aed. Jednak ledwo zdążyłam wyjechać, zaczęło lać. Gdy dojechałam do mieszkania, samochód nie wyglądał jeszcze źle. Ale rano, gdy wysechł, okazało się, że jest cały biały :( Wyczyściłam go ponownie w Mirdif City Mall (mycie „ekologiczne“, prawie bez wody), za jedyne 25 aed.
Podsumowując, tej zimy były dwa spore opady, wiec limit deszczu na ten rok chyba się wyczerpał ;) Teraz jest raczej słonecznie, temperatura w dzień wynosi ok. 23 stopnie, w nocy spada do 16. Pewnie niedługo będę narzekać na upał, ale chciałabym, żeby było już trochę cieplej, żebym mogła wypróbować basen w Churchillu.

wtorek, 1 lutego 2011

Egzamin ojt

W poniedziałek, na zmianie zaczynającej się o 5:45 rano, odbył się mój egzamin praktyczny. Gdy przyjechałam, na wieży był już egzaminator R. i kontroler O., którego nikt nie pomyślał zawiadomić, żeby przyjechał później.
Pracowałam 2,5 godziny, praktycznie cały czas z dużym ruchem, większym niż zazwyczaj o tej porze. Już na samym początku miałam zaplanowanych 5 startów samolotów cargo o jednej porze. Pierwszy raz zdarzyło mi się powiedzieć komuś, że jest „numerem 3 do uruchomienia“ na płycie cargo, na której z wyjątkiem nielicznych przypadków, można uruchamiać pojedynczo.
Nieco później rozpoczęły się poranne lądowania, pomiędzy które musiałam upchnąć kilka startów. Separacja między przylatującymi wynosi 6 mil, akurat tyle, żeby po skołowaniu pierwszego, wypuścić jeden do startu. Pod warunkiem, że nie jest to IŁ76 :) W międzyczasie dyżurny chciał sprawdzić pas, a elektryk oświetlenie. Zaczęli jeszcze przed największym ruchem, ale nie dali rady, po zgonieniu z pasa czekali z pół godziny, żeby dokończyć inspekcję.
Do tego doszło kilka przelatujących vfr-ów, a więc dużo korespondencji z informacjami o ruchu (z racji przestrzeni klasy D) i telefonów do sąsiednich organów kontroli.
Na koniec miałam jeszcze zaimprowizowaną sytuację awaryjną, tzn. dostałam od egzaminatora kartkę z danymi samolotu na pasie z pożarem silnika – trzeba było wcisnąć przycisk awaryjny, wysłać straż na pas i omówić kolejne kroki.
W trakcie egzaminu na wieżę przyszedł kierownik A., ale ani on, ani R. nie mieli uwag do mojej pracy. Ja też byłam zadowolona z tego jak mi poszło.
Po kilkudziesięciu minutach przerwy, zeszłam na dół do biura na część pisemną. Test wyboru 1 z 4, prawda-fałsz, parę pytań otwartych i (nieoczekiwanie) kilka raportów do wypełnienia, które R. dorzucił w ramach modyfikacji dotychczasowego testu. Trochę bez sensu, bo raporty wypełnia się w komputerze i w razie czego zawsze można sprawdzić poprzednio wypełnione. Omówiłam je wcześniej z instruktorem A., ale nie uczyłam się na pamięć. Mimo to, poszło mi dobrze, test zaliczyłam na 94%.
Ostatnią częścią egzaminu była rozmowa z R. i A. Zadali mi kilka pytań w rodzaju „co byś zrobiła, gdyby“ i podyskutowaliśmy o procesie szkolenia. I już. Zostałam kontrolerem lotniska w Szardży. Od środy zaczynam samodzielne dyżury :)